Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

JOW – prawda i demagogia – felieton Rafała Ziemkiewicza

felieton Rafała Ziemkiewicza z interia.pl

Nie in vitro, nie SKOK-i ani WSI, nie feta na Westerplatte, ale ordynacja większościowa okazała się, nieoczekiwanie, głównym tematem tej kampanii. Dobrze, bo rzecz warta jest dyskusji jak mało co – od sposobu wybierania reprezentacji społecznej zależy, jaka jest tej reprezentacji jakość. A od tego… no, nie ma chyba potrzeby tracić czasu na rozwijanie tego wątku.
Źle, bo – jak to zwykle – z punktu zaczęło wszystko tonąć w demagogii. Aspekty wyborcze sprawy pominę, bo – jak Państwo widzicie – dziennik kampanii prowadzę osobno. Tu natomiast słów parę co do istotności rzeczy.
Demagogią jest twierdzenie, że ordynacja większościowa w okręgach jednomandatowych (będę dalej używał spopularyzowanego już skrótu JOW) sprawia, iż wielka część społeczeństwa nie jest reprezentowana w parlamencie, względnie że jej głos nie liczy się w procesie decyzyjnym. Generalnie można taki zarzut postawić demokracji jako takiej – skoro rządzi w niej większość, to mniejszość nie rządzi. Jeśli na przykład 51 procent obywateli chce, żeby wymierzano karę śmierci, a 49 procent nie chce, to 51 proc. przegłosuje swoje, a poglądy pozostałych nie są brane pod uwagę.

Oczywiście, ideałem byłaby taka demokracja, która zgodna jest w 100 procentach. Temu ideałowi hołdowała dawna polska „Złota Wolność” – nakazywała procedować tak długo, aż osiągnie się pełen kompromis i ostatni członek legislatywy wycofa swoje veto. Niestety, teoria piękna i nad wyraz słuszna szybko się wyrodziła i mocno przyczyniła do zguby Sarmacji.
Stuprocentową zgodność osiągnięto dopiero pod butem sowieckim, w tak zwanej „demokracji ludowej”. W parlamencie Front Jedności Narodu reprezentował całe społeczeństwo, i to odzwierciedlał je z niezwykłą starannością. Mieli swoich przedstawicieli, proporcjonalnie do liczebności, górnicy, rolnicy, nauczycielki, bufetowe, inżynierowie, kartografowie i kreślarze – każdy. Poważnie.
Słuchając lamentów, że za sprawą JOW w takiej Wielkiej Brytanii na przykład większość społeczeństwa nie ma swoich reprezentantów, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mówią to ludzie, którzy swoje pojęcie o „reprezentowaniu” czerpią właśnie z tamtych czasów.
(Uczciwie dodajmy, że wcześniej już prawie przećwiczyliśmy tę doskonałość pod butem własnym: także przedwojenna Sanacja reprezentowała 100 procent społeczeństwa, Piłsudski był wodzem i wyrazicielem woli całego narodu, a prawda była jedna i niepodważalna – komuna nie budowała tu na pustym polu, miała tradycję, do której się mogła skutecznie odwołać, ale to temat na inną rozmowę.)

Niedawne wybory brytyjskie, tak często teraz przywoływane, są świetnym – że się tak wyjęzyczę adwokacką kminą – kazusem, na którym można pokazać, czym naprawdę jest reprezentowanie przez polityków społeczeństwa.

Nasze, pożal się Boże, autorytety, powtarzają: UKIP zdobył 18 procent głosów, a ma tylko jednego parlamentarzystę, to niesprawiedliwe.

Cóż, może i niesprawiedliwe – pokażcie mi zatem system sprawiedliwy, poza dwoma historycznymi przykładami, o których było wyżej. U nas partia, która zdobędzie 4,9 procenta głosów, nie dostanie nic, a ta, która weźmie 5,1 procenta – od razu ze dwadzieścia mandatów. A partia, która dostanie 40 proc. przy sprzyjającym układzie może mieć ponad 50 proc. Sejmu i rządzić, jak PO z PSL, totalnie mając w de opinie całej reszty, choć 40 procent przy zwyczajowej w III RP frekwencji poniżej 50 proc. nie oznacza legitymacji nawet połowy społeczeństwa.

Na sprawę trzeba spojrzeć inaczej. Co to jest UKIP? Ugrupowanie, którego sztandarowym postulatem było doprowadzenie do referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Kiedy postulat ten stał się popularny, lider rządzącej Partii Konserwatywnej przestraszył się, że UKIP dostanie nie 18 procent, a o kilka więcej, to zaś będzie go mogło kosztować większość rządową. Bo JOW działa podobnie jak ordynacja proporcjonalna z progiem, tylko ten próg jest umieszczony znacznie wyżej. Masz 25 procent i nie dostajesz nic, a rywal wszystko, ale jak podskoczysz jeszcze o dwa procent, to odwrotnie (w wersji brytyjskiej, gdy nie ma drugiej tury miedzy dwoma liderami).

Efekt? Cameron wygrał, bo przejął sztandarowy postulat UKIP i obiecał wspomniane referendum. A ponieważ tam istnieją mechanizmy zmuszające polityków do dotrzymywania obietnic, wiadomo już, że to referendum się odbędzie – za dwa lata. Nie ma UKIP w Izbie Gmin, ale mimo to jej polityczna racja istnienia została zrealizowana.

Gdyby w Wielkiej Brytanii używano ordynacji proporcjonalnej, byłoby odwrotnie. UKIP uzyskałaby, powiedzmy, 20 proc. miejsc w parlamencie. Jej wyborcy byliby reprezentowani. Doszłoby do głosowania, zapewne na wniosek UKIP, w którym jej posłowie zagłosowaliby za referendum, a cała reszta parlamentu, oczywiście, przeciw, bo jakiż by niby miała powód głosować inaczej? I tak by się marzenia o referendum skończyły, chyba, że UKIP zdobyłaby w którymś momencie ponad połowę mandatów, co się w proporcjonalnej ordynacji prawie nie zdarza, albo zahandlowałaby z inną partią, spełniając w zamian jakiś jej postulat.

Republika to szczególny mechanizm ucierania i uśredniania oczekiwań społeczeństwa. Ważne jest, aby ta maszynka wyprodukowała coś w miarę do zaakceptowania dla zdecydowanej większości, a nie, żeby wszyscy byli „reprezentowani”. Gdyby chodziło o to drugie, PRL – z proporcjonalną liczbą przedszkolanek, włókniarek i górników strzałowych w Sejmie – byłby ideałem i Polacy nigdy by go nikomu nie pozwolili obalić.

Ordynacja, jaką mamy w tej chwili, tworzy pańszczyźnianą więź pomiędzy posłem a jego wojewódzkim „baronem” i samym prezesem. Los tego posła zależy całkowicie od kaprysu tej dwójki, od tego, czy baron i prezes zechcą go umieścić na liście, czy nie zechcą. Więc to im się poseł musi przypodobać, o ich względy zabiega, u nich antyszambruje, im się podlizuje i w odniesieniu do nich toczą się wszystkie wewnątrzpartyjne gry. Wyborcy są tylko plebiscytarną tłuszczą, która głosuje na listę partyjną, na brand ugrupowania i prezesa znanego z telewizji. A to, na czyje konkretnie apanaże się te głosy przełożą, zależy od decyzji prezesa i barona, kto się znajdzie na „biorącym” miejscu. Tak to celowo wymyślono, celowo zabezpieczono wpisem w konstytucji i jest to podstawa partyjniactwa, które wyprzedaje nasze szanse życiowe i marnuje zasoby kraju.

Argument „gdybyśmy mieli JOW, niepodzielnie rządziłaby PO (albo PSL, albo PiS po ewentualnej zmianie nastrojów) jest demagogią jeszcze większą niż ta o UKIP. Owszem, rządziłaby niepodzielnie partia, która zyskałaby największe poparcie. Ma to swoje minusy, ale ma i plusy. Nie mogłaby po sknoceniu tego czy tamtego usprawiedliwiać się, jak to słyszymy od ćwierć wieku, że koalicjant jej nie pozwolił, że chciała, ale nie mogła, że „wicie, rozumicie”.

Ale ważne jest co innego: gdybyśmy mieli JOW, nie byłoby ani PO, ani PSL, ani PiS – żadnej z tych partii w obecnym kształcie. To znaczy, może by się tak samo nazywały, może by miały identyczne programy i na starcie składały się z tych samych ludzi, ale nie byłyby dworami poddanymi całkowicie kaprysom prezesa i wiernych mu baronów.

Kiedy w systemie JOW Tusk zabrałby się – jak się to stało – do kasowania, powiedzmy, Rokity, albo Kaczyński Kowala, czy Pawlak Jagielińskiego, ten kasowany mógłby mu spokojnie odpowiedzieć: a całuj mnie tu i tam. Ja mam za sobą swój okręg wyborczy, to mnie tam wybrali, a nie te dwie czy trzy literki, którymi zarządzasz. I jak mnie wyrzucisz z partii, to i tak wejdę do Sejmu, będziesz miał jednego posła mniej. A może przeniosę się do konkurencji, jak Churchill, który w swej karierze zmieniał partie kilkakrotnie, ale zawsze do parlamentu wchodził, bo jego wyborcy mu ufali.

Żylibyśmy w zupełnie innej politycznej rzeczywistości.

Zgoda – zanim by się to uklepało, ułożyło, musiałoby minąć trochę czasu, i ten czas zapewne byłby wypełniony chaosem i patologiami. Sukces krajów anglosaskich wynika nie tylko z samej ordynacji, także z wypracowanej wiekami kultury politycznej. Ordynacja większościowa używana była także w Rosji, bodaj nadal obowiązuje na Ukrainie, i nie są to kraje, na których byśmy się chcieli wzorować.

Ale to samo – żeby było lepiej, trzeba przejść przez okres chaosu, rozmaitych zawirowań i boleści – można powiedzieć o każdej reformie, na czele z tymi najbardziej niezbędnymi. Więc pełna zgoda co do tego, że trzeba wymyślić możliwie najlepszy sposób przejścia od stanu obecnego do pożądanego. Osobiście sądzę, że najlepszym pomysłem na to przejście jest ordynacja mieszana, na wzór – w różnych okresach – Francji czy Niemiec.

Pełna zgoda również, że JOW same z siebie nie zamienią Polski w raj i nie rozwiążą automatycznie wszystkich naszych problemów. Nikt poważny tak nie twierdzi, nie ma zresztą reformy, która by stanowiła panaceum przeciwko wszystkim społecznym i politycznym chorobom. Ale przejście od obecnego systemu do JOW jest potrzebne i w dłuższej perspektywie musi przynieść tyle korzyści, że warto dla nich pogodzić się z nieuniknionymi problemami okresu przejściowego.

Bardzo się cieszę, że po latach bezskutecznego walenia głową w mur wreszcie pojawiła się możliwość, by o tej zmianie zacząć rozmawiać. Ale chodzi o rozmowę, a nie o demagogiczne okrzyki.

z interia.pl

Jedna myśl nt. „JOW – prawda i demagogia – felieton Rafała Ziemkiewicza”

  1. Nareszcie ktoś owświetlił moją głowę na temat JOW i daje te głowę że Komorowski nie wie na czym to polega.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Step By Step